Kasia Szymańska

Bez-zmyślnie

wygodnie mi tak
ze zmysłami
ciasno owianymi ołowiem
rozkładać się
ze śmiechu

spaczonymi oczami
spatrzeć słowa
wycedzone
na zaś i nazad
by zgłupić w sobie życie

powieka już zapadła
więzień własnej wolności
wpisany w bezcel
kuli się w sferę
nieugięcie ziemską

podkurczyłam więc
pole nawidzenia
wierząc
że na jednostkę powierzchni
przypadnie
więcej szczęścia

trudno jednak
nie rozgraniczać się
gdy uwiera w dłonie
proteza siebie samej

niewniknione
ile jeszcze w minie
cudzysłowu
nim pojmę się
i poddam
zwycięstwu

albo niech samo
zapędzi mnie
w róg obfitości
i wychowawczo
wymierzy policzka

a potem
niech już tylko
przeszyje mnie

na wskroś


Chłopcze z internetu

I znów się spotykają
nasze światłowody

po bajt enty
na tych samych falach
zaczynamy udawać
że w tych oknach niezamkniętych
widzimy siebie nawzajem

twoich zdawkowych liter
nienamacalnych uśmiechów
pytam po chwili
czy to było opóźnienie
transferu emocji
czy to zegar z wahaniem
zachwiał klawiszami

my tu gadu-gadu
narkotyczne słowa
przesypują się pikselami
do umysłu z zacieśnioną rozdzielczością

nam nie brakuje tlenu
hermetyczny oddech
uderza w twą szklistość
i kłuje wskanowaną wiązką ciepła

dyrygencie drgań
wirtualny wirtuozie
na swej klawiaturze
wygrałeś
melodię nietaktowną
która zapisze się
w pamięci operowej

a moje zachłanne łącza
wciąż dręczy niepewność
czy kiedyś zanulujesz się
w błędzie serwera
lub jako użytkownik niedostępny
znikniesz w nieskończoności
bez odpowiedzi


Niedojrzałość

bo ja po prostu
nie nadaję się
by wiązać koniec
z końskim ogonem
pleść trzy po trzy warkocze
przeczesać zmysły
tak żeby się zgubić

wolę rozpuścić
i wodzić
martwotę za nos

ale co rusz to wosk
ciąży mi na skrzydłach
by wreszcie zatopioną w rozmyślaniach
rozmyć na dnie bezwzględnym

kiedy zaś pytam czy być
sufler mówi nie dramatyzuj
przecież za kulisami
jedyne co się wystawia
na próbę
to sztuka życia

trzy wymiary trywialności
miały skroić mnie na
miarę człowieka
dopiąć na ostateczny guzik
jednak zawsze uchylałam się
od rąbka spódnicy
z jedwabnego materializmu

jak wyrostek
mierzę przyduże
horyzonty mamy

nie dorosłam jeszcze do takiej ziemskości


Poetka

poetka wstaje
rozczesuje skręcone jeszcze sny
rzuca cień prawdy
na spokojne powieki
i wpisuje tuszem na rzęsy
słowa wagi piórkowej

poetka nim wybierze się
spomiędzy swoich odbić
wzrokiem zmierzy się
z każdym i żadnym
z podmiotów lirycznych
i w końcu uroczo puści jednemu z nich
oczko w rajstopach do rymu

poetka czasem
zgotuje stek bzdur
ale przyprawi je tak
że zawsze jej się to upiecze

poetka gdy rozmawia
po każdym wyrazie
flirtuje z jego ostatnią literą
łzy poetki zarażają
złośliwym oczyszczeniem
a podczas kłótni
strofuje ona wersy
aż do utraty zmysłów

A jedyne co poetka
strząśnięciem duszy z ramienia zbywa
to słowa
że poetą się nie jest
a poetą się bywa


Szkoła

Już mi, jak dawniej, nie świta,
że wnet się prawdy nauczę,
jeśli rozwiążę test pytań
zamkniętych nadrzędnym kluczem

Śniłam, że kiedy brzeg chwycę,
pod taflę do źródła sięgnę,
lecz wskaźnik kreślił granice –
– w liczydło palce wciągnięte

Bo choć w garść coś można ścisnąć,
gdy blisko ma swe przerzutnie,
to namacalna przejrzystość
w nawiasach rąk pustych utknie

Więc niech obraz niekłamany
zmysł mi szarpie niespokojnie,
gdy ktoś powie: Omawiamy
moją ulubioną wojnę